Tykająca bomba. Broń chemiczna w Bałtyku.
Broń chemiczna na dnie mórz i oceanów to problem globalny, który dotyczy niemal każdego akwenu na świecie. Jest powszechnie wiadomo, że po II wojnie światowej dno Bałtyku było wykorzystywane do składowania broni chemicznej oraz zatopienia amunicji konwencjonalnej. Setki tysięcy (niektórzy piszą, że ponad milion) ton różnego rodzaju broni chemicznej i konwencjonalnej amunicji zatopionych w Bałtyku to trochę „zapomnianym problemem”, który jednak co jakiś czas daje o sobie znać i ma niebagatelny wpływ na środowisko.
Z danych pochodzących z dostępnych dokumentów wynika, że broń chemiczna była wywożona i zatapiana, między innymi w Głębi Gotlandzkiej – około 2,5 tysięcy ton i w Głębi Bornholmskiej – około 38 tysięcy ton. Oprócz tego około 150 tysięcy ton bojowych środków trujących zostało zatopionych w ładowniach statków transportowych w cieśninach między Danią, Szwecją i Norwegią. Kolejne 30-40 tysięcy ton zatopiono w niemieckich wodach przybrzeżnych. Niektóre z nich, takie jak miny i torpedy, w związku z oczyszczeniem zaminowanych podejściowych do portów, przenoszono tylko w inne miejsca, by umożliwić żeglugę. Dochodziło także do zatopień wraków statków wypełnionych niezidentyfikowanymi materiałami i starych, niezlikwidowanych zapór minowych. Szacuje się, że w Morzu Bałtyckim znajduje się jeszcze około 200 tysięcy min, głównie w Zatoce Fińskiej, w okolicach Gotlandii, w Zatoce Ryskiej oraz w rejonach podejść do portów, w tym polskich, takich jak Gdańsk, Kołobrzeg i Szczecin. Ogółem przyjmuje się, że na dnie Bałtyku spoczywa około pół miliona ton broni konwencjonalnej, jednak są to dane szacunkowe.
W 2025 roku podano, że w polskich wodach terytorialnych jest ponad 200 obiektów zidentyfikowanych jako broń konwencjonalna jednak pełnymi badaniami batymetrycznymi objęto dotąd około 40% polskich obszarów morskich. Nie wynika z nich by przy polskim wybrzeżu znajdowała się broń chemiczna, która byłaby szczególnie niebezpieczna. Jednak w 2019 roku Najwyższa Izba Kontroli informowała, że w Głębi Gdańskiej z dużym prawdopodobieństwem można przypuszczać, iż znajduje się tam broń chemiczna.
Nie trzeba być specjalistą, by wiedzieć, że składowiska amunicji chemicznej i konwencjonalnej na dnie morza mają negatywny wpływ na środowisko. Pytania, jak duże stanowią zagrożenie i czy mogą doprowadzić do katastrofy ekologicznej, pozostają na razie bez konkretnej odpowiedzi. Jedni z badaczy problemu uważają, że w pewnym momencie nastąpi rozszczelnienie pocisków i pojemników na skutek postępującej korozji, która doprowadzi do masowego skażenia wód i Bałtyk stanie się martwym akwenem. Drudzy są zdania, że korozja jest powolna, dzięki czemu w dłuższej perspektywie uda się zachować status quo, a skażenia wód będą występowały w niewielkim zakresie i daleko od brzegów.
Jeżeli nawet stara broń chemiczna nie znajduje się w polskich wodach, może stanowić zagrożenie także dla mieszkańców naszego wybrzeża, ponieważ mogą tam trafiać przedmioty wypełnione trującymi substancjami. Pokazuje to przypadek z 1955 roku, gdy przebywające na kolonii dzieci znalazły w Darłówku przerdzewiały pojemnik z ciemną cieczą. Zaczęły się nim bawić, co doprowadziło do poparzenia ponad setki z nich, a czworo straciło wzrok. Pojemnik zawierał iperyt siarkowy – jeden z bojowych środków trujących. W 1997 roku ośmiu rybaków zostało poparzonych bombą iperytową, zaś w 2013 roku 13 kilometrów polskiego wybrzeża zostało skażonych białym fosforem.
Substancje trujące zalegające dno Bałtyku znajdują się w różnych pojemnikach, pociskach, skrzyniach itp. Obiekty te powoli korodują. Wraz z postępem tego procesu może dojść do skażenia środowiska. Jedyną pociechą jest to, że nie wszystkie korodują w tym samym tempie i w związku z tym mało prawdopodobne jest, aby wszystkie te odpady przedostały się do wody w jednym czasie.
Niedawne badania wykazały, że produkty degradacji broni chemicznej mogą być obecne około 900 metrów od miejsca zatopienia. Badania nad amunicją konwencjonalną wykazały podobny promień rozprzestrzeniania. Skażenie to ma więc raczej lokalny charakter. Zauważono jednak podwyższoną częstość występowania chorób u ryb, szczególnie pochodzących z rejonów, w których zatopiono broń. Odnotowano u nich znacznie częstsze przypadki raka.
Niedawno Rada Państw Morza Bałtyckiego podjęła wysiłek, by skłonić kraje nadbałtyckie do udostępniania szczegółowych danych o składowiskach takich odpadów. Pozwoli to na dokładniejsze oszacowanie zagrożenia. Być może dzięki temu rozpocznie się usuwanie zalegającej broni konwencjonalnej i chemicznej na większą skalę, gdyż dotąd odbywało się to w ramach działań interwencyjnych. Jak dotąd tylko Niemcy rozpoczęli planowy program inwentaryzacji i utylizacji odpadów w Zatoce Lubeckiej, na który przeznaczono około 100 mln euro. Projekt ruszył w zeszłym roku i ma potrwać pięć lat. W pierwszym etapie amunicja ma być umieszczana w specjalnych koszach ułatwiających wydobycie. W kolejnym planowane jest stworzenie pływającej platformy z piecem do wypalania amunicji w bardzo wysokiej temperaturze. Jeśli ta metoda okaże się skuteczna i mało uciążliwa dla środowiska, możliwe będzie rozszerzenie działań na inne obszary Morza Bałtyckiego.
Stanisław Sumera